Chleb powszedni

WP_20150206_002Otwieram oczy… Nad łóżeczkiem Jasia księżyc świeci, mimo dnia. Zamykam oczy. Może jeszcze chwilę. Może zasnę. Na kilka minut. Kilkanaście. Może na godzinę. Lężę. I ta cisza. Ten spokój. Słychać śmieciarkę za oknem. Opróżniają kontener. Ktoś dywan na trzepaku trzepie. Dzieci z przedszkola naprzeciw już po placu zabaw harcują. Zasypiam. Nie nie. Wstanę jeszcze. Zobaczę czy aby na pewno przykryty. Czy ma ciepłe rączki. A może mu za ciepło? Może kołderka przeszkadza? Wszystko dobrze. Kładę się. Cicho. Delikatnie. By moich chłopaków nie zbudzić. I nagle słyszę jak nóżkami kopie. Jak paluszkami drapie. Podchodzę do łóżeczka i widzę te wielkie, węgielkowe, wyspane oczęta. Uśmiech najszczerszy i wyciągnięte ku górze rączki. Pod ciepłą kołderkę do dużego łóżka zabieram. Odwraca się. Patrzy to w jedną stronę, to w drugą. Mała rączka ląduje na plecach taty, gdy ten jeszcze o kilka chwil snu walczy. Zabawa taka, że brak tchu. Czkawka. Piski. Śmiech taki, że serce się raduje.

Zaczyna się dzień.

Mleko. Sztuczne. Na przekór wszystkim twierdzącym, że taka matka zła, co sama dziecka wykarmić nie może. Dwa łyki w  buzi, a dwa po brodzie spływają. Zdjęcie. Koniecznie. Minka taka śmieszna, że trzeba uwiecznić. Dobrze. Włączy mama radyjko. Tatuś potańczy, powygłupia się. Połaskoczemy za uszkiem. A pioseneczkę. Dobrze. Zaśpiewam. ,,Jadą jadą misie, trala la la la…” Uśmiech murowany. I koniecznie setki razy trzeba książeczkę z pieskiem i kotkiem odtworzyć. Medodyjkę odsłuchać. Nie przeszkadza. Już nawet nie słyszę. Przebieramy. Ubieramy. Ulało się. Dobrze, ubierzemy raz jeszcze. I jeszcze raz. I następny. Mama pralkę wstawi. Na spacer pora. Nakarmić kaczki iść trzeba. Obiad. Pomysłu szukam. Dwa dania? A może jedno, a treściwe?

Małe łapki trą oczy. Wyciągają do mnie rączki. Kołyszemy. Łagodnie i błogo. Opadają powieki. Dzień mija. Ulubione zabawy. Książeczki. Piosenki. Babcię i Dziadka odwiedzamy. Szaleństwo. Zabawa trwa. Do domu pora, czas na dłuższy sen. Czy woda nie za zimna? Emolium odmierz. I myjkę czystą weź. Tę z górnej szuflady. Synku nie pij wody. Śpiochy te w groszki. Krem mi podaj Kochanie. Ten do buzi. Po prawej. Mleczko nie za ciepłe? Tata karmi. Zasypia mu na rękach. Tak bezpiecznie. I ciepło. Ale jeszcze nie będę spał. O mamę się upomnę. Zasypiamy razem. Obok siebie. By bicie serca słyszał. By czuł. Malutka rączka ściska mój palec. Śpi.

Znaleźć jeszcze choć chwilę dla Marynarza. Stęsknionego. Spragnionego rodziny. Jest moją ostoją w tym świecie rekinów. Jakże cenne chwile. Spędzone razem. Których tak brak, gdy jest na statku. Już Kochanie. Już siadam. Tak, oglądamy. Pranie się wyprało. I zlew pełen naczyń. No nic. Głowę już jutro umyję.

Otwieram oczy…

Nad łóżeczkiem Jasia księżyc świeci, mimo dnia…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s