Dramatyczne godziny na morzu

Ledwo co awansował na chiefa, nabierał doświadczenia na nowym stanowisku, lecz to co zobaczył przez szybę kontenerowca którym właśnie dowodził było jak scena z filmu akcji. Ogromny statek, który chwilę przed wzywał pomocy, zdawał się zaraz złamać w pół. Dziś o tym jak młody oficer przeżył dramatyczne godziny na morzu…

Nie wierzyłem własnym uszom- relacjonuje Stefan. Na kanale szesnastym przed chwilą usłyszał, że inny statek nabiera wody. Znajdowali się wtedy zaledwie kilka mil morskich od nich, więc zmienił kurs by ruszyć z pomocą. Znajdowali się na Morzu Arabskim, około 430 mil morskich od Salali w Omanie. Było tuż przed końcem jego wachty, za chwilę miał przyjść na mostek jego zmiennik. 17 czerwca 2013 roku sprawy potoczyły się inaczej.

Przechodził właśnie monsun, deszcz padał bardzo mocno, było mglisto, widoczność była bardzo słaba. Wiatr wiał z prędkością prawie 38 węzłów a fale miały prawie 6 metrów wysokości. Nie było w tym nic niezwykłego. Niezwykłe, a raczej straszne było to, co oficerowie, którzy przybiegli na mostek, zobaczyli za szybą.

Jeden z większych kontenerowców MOL wzywał pomocy i… pękał na pół. Trudno w to uwierzyć, by tak ogromny statek złamał się w pół. Maszyna wykonywała dziwne ruchy i dziwnie siedziała na wodzie. Przód i tył statku opadały a środek był podniesiony do góry. Na mostek przybiegł kapitan i drugi oficer i wszyscy z niedowierzaniem patrzyli jak ponad 316 metrowy statek łamie się.

Studiując na Akademii Morskiej uczysz się jak przygotować się do pewnych sytuacji awaryjnych. Lecz teoria to jedno, a praktyka rządzi się własnymi prawami. Takiej sytuacji zresztą nikt by nie przewidział. Wszyscy na mostku wiedzieli jak tragiczna jest to sytuacja. Kilka kontenerów wypadło już za burtę falując na bardzo wzburzonym morzu. Coraz więcej osób wyskakiwało poza tonący statek a sytuacja wymykała się spod kontroli.

Niecałe 15 minut później załoga kontenerowca opuściła statek i próbowała utrzymać się na wodzie. To my dowodziliśmy cała akcją. Zrobiłem tak zwany ,,mayday relay”, który był wezwaniem alarmowym w imieniu innego statku w niebezpieczeństwie. Statki znajdujące się w pobliżu spieszyły z pomocą. Statek liczył 26 członków załogi: 14 Filipińczyków, 11 Rosjan i jeden Ukrainiec. Tych szczegółów dowiedzieliśmy się z listy załogi, którą otrzymaliśmy faksem. Niestety, marynarze nie wzięli ze sobą radioodbiornika, kiedy w panice opuszczali statek. Nie wiedzieliśmy więc dokładnie gdzie się znajdowali, czy byli w szalupie, którą mogliśmy dostrzec czy też próbowali się ratować na jednej z dmuchanym tratw ratunkowych.

Byłem świeżo upieczonym chiefem matem. Zawsze wiązałem swoją przyszłość z morzem. Dorastałem w Bottrop, mieście przemysłowym Zagłębia Ruhry w zachodnich Niemczech. Nie byliśmy bogaci, więc wakacje zazwyczaj spędzaliśmy z krewnymi w Cuxhaven. W tym mieście Morza Północnego znajduje się molo o nazwie ,,Alte Liebe” (stara miłość), z którego można powitać statki wpływające do portu lub po prostu płynące w jego pobliżu. Często stałem przy balustradzie, machałem  do nich i wyobrażałem sobie, jak mogą wyglądać porty z których pływały. Byłem szczególnie pochłonięty wyobrażeniami o Karaibach. Pamiętam tez, że jako chłopiec miałem karty ze statkami. Podczas, gdy inni chłopcy bawili się autami, mnie fascynowały statki i żaglówki.

Kiedy miałem 17 lat, rozpocząłem swój pierwszy rejs na kontenerowcu, popłynąłem z Bremerhaven do Meksyku. Cieszyłem się jak dziecko. Po pracy często zostawałem na mostku by zadawać pytania młodym oficerom. Podejście do Nassau na Bahamach, nocne oglądanie świateł Miami i wołanie do Houston- to wszystko wydawało i się niemal surrealistyczne. Pięć tygodni dobrej pogody na Atlantyku, to była podróż jak w broszurze statku pasażerskiego. Kiedy rejs się skończył, nie mogłem doczekać się kolejnego. Po ośmiu semestrach pracy na uczelni w Elsfleth rozpocząłem pracę jako trzeci oficer na statku kontenerowym. Można powiedzieć, że przeszedłem całą hierarchię, od majtka pokładowego zaczynając.

Wróćmy jednak do tamtego dnia. Na moim statku było 23 mężczyzn. Wszyscy marynarze zostali wysłani na punkty obserwacyjne, tak by ostrzegać nas o pływających kontenerach. Stalowe pudełka były przedmiotem troski kapitana, ponieważ nie mogliśmy pozwolić im uderzyć w śrubę bez względu na to, co się działo. Nasz trzeci oficer koordynował trzy okręty, które przypłynęły na pomoc, i ustawił je wokół tonącego kontenerowca. Zszedłem do drzwi pilota, by nadzorować wysiłki ratowania rozbitków. Kiedy otworzyłem drzwi, poczułem dziwny zapach. Do wody wyciekała ropa…

Zdołaliśmy zbliżyć się do łodzi ratunkowych. Na szczęście byli w nich marynarze z tonącego statku. Mieli na sobie kamizelki ratunkowe i kaski. Zamiast wchodzić jeden po drugim na zrzuconą siatkę, marynarze wpadli w panikę i zaczęli wchodzić po sobie. Każdy chciał być pierwszy, by mieć pewność, że zostanie uratowany. Wybuchła panika. Nie było mowy o tym, by którykolwiek z nich przejął koordynację i dowodzenie, co tylko pogarszało sytuację. Łódce groziło przewrócenie się. Był też inny problem. Niektórzy marynarze byli tak wyczerpani, że nie mieli siły by wspinać się na liny. Na szczęście nasz mechanik był szczególnie silnym człowiekiem. Jak tylko złapał jednego z rozbitych marynarzy, wyciągnął go na pokład potężnym ruchem ramienia. Jeden z członków załogi wyślizgnął się, wpadł do wody i zaczął dryfować oddalając się od statku. Rzuciliśmy w jego kierunku koło ratunkowe przywiązane liną, i znów nasz mechanik wciągnął mężczyznę na pokład i uratował mu życie.

Policzyliśmy wszystkich uratowanych. 26. Zgadzało się z informacją przesłaną faksem. Policzyliśmy raz jeszcze by mieć pewność, że zgadza się na 100%. Nikogo nie brakowało. Kapitan, Rosjanin, koło 50-tki był w szoku. Nasz statek natychmiast oddalił się od miejsca wypadku. Uratowani marynarze otrzymali suche ubrania. Każdy członek naszej załogi podzielił się swoją bielizną i koszulkami. Bardzo szybko podzieliliśmy się również swoimi kabinami. Mieliśmy wystarczająco dużo żywności i zapasów, aby dotrzeć do następnego portu. Ponieważ nad wodą unosił się żółtawy dym, nasz kapitan nakazał na wszelki wypadek wyłączyć klimatyzator.

Paszporty i książeczki żeglarskie rozbitków zostały pod wodą, musieli oni więc wypełnić formularze zgłoszeniowe wraz ze swoimi danymi. Obraliśmy kurs na port Colombo na Sri Lance, do którego dotarliśmy kilka dni później. Uratowani marynarze zeszli na ląd. Wkrótce potem ich statek całkowicie się rozpadł. Obie części nadal były na wodzie i były ciągnięte na hakach przez holowniki. Część statku jednak zatonęła i leży na dnie oceanu na głębokości kilku tysięcy metrów.

Pojawiły się spekulacje na temat przyczyn wypadku. Nie można zbadać wraku, ponieważ jest on zbyt głęboko. Wiadomo jednak, że statek był regularnie poddawany inspekcjom. Ważne, że żadne z 26 marynarzy nie ucierpiał. To były dramatyczne godziny walki o ich życie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s