Oko w oko z Posejdonem

Mówi się, że jeśli spadniesz z konia i po krótkim czasie nie wsiądziesz na niego znowu, to nie będziesz jeździć konno. Tak samo jest ponoć z prowadzeniem auta. Jeśli po wypadku samochodowym nie przełamiesz bariery strachu, może cię on tak sparaliżować, że więcej nie siądziesz za kółkiem. Identycznie jest z pływaniem na statku. Dziś historia kapitana, który po tragicznym wypadku powrócił na mostek, choć wcale nie było łatwo…

Na zdjęciu Bernd, 47- letni wówczas kapitan statku kontenerowego z dziesięcioletnim doświadczeniem, ojciec trójki dzieci. Fotografia ta została zrobiona zaledwie miesiąc przed tragicznym wypadkiem, jaki wydarzył się w 2008 roku, gdzie zginął marynarz, a kapitan o mało nie przypłacił życia spotkaniem z tajfunem. O jego walce z żywiołem, powrocie do zdrowia i na mostek dziś na blogu.

Dwa lata wcześniej, w 2006 roku, Bernd odebrał nowiuteńki kontenerowiec ze stoczni w Korei Południowej. Był to ,,jego” statek. Pływał nim po całym świecie, również zimą przez Atlantyk i Ocean Spokojny. Burze i sztormy są w tych rejonach w okresie zimowym na porządku dziennym, marynarze są przyzwyczajeni do ekstremalnych warunków. Burza tropikalna Hagupit była jednak inna…

Jest wrzesień 2008 roku, a Bernd zmierza w kierunku północnych Chin. Z Port Kelang w Malezji przez Shekou, Hongkong i dalej wzdłuż chińskiego wybrzeża do Ningbo -to była planowa trasa. Wie, że tajfun pojawia się na wykresach pogodowych z dużym wyprzedzeniem. Wczesnym rankiem 23 września docierają do Hongkongu. W południe do portu przychodzą informacje, że wszystkie statki muszą opuścić port ze względu na zbliżający się cyklon, aby chronić tamtejsze obiekty.

W momencie opuszczania Hongkongu statek nie ma prawie żadnego ładunku. Szybko zapada zmrok. A potem nadchodzi cyklon. Silny obszar niskiego ciśnienia z wiatrami o sile od 20 do 12 i ośmiometrowymi falami. Nie ma możliwości bezpośredniego dopłynięcia do Ningbo. Urodzony w Berlinie kapitan zamierza jak najlepiej przetrwać tajfun, oddalając się powoli od wysp na lądzie stałym, od skał i płytkiej wody. Jego główną troską jest to, aby silnik nie uległ awarii, w przeciwnym  razie już po nich. Dwukrotnie w nocy fale uderzają w statek z taką siłą, że załoga może z trudem utrzymać się na mostku.

Gigantyczny kontenerowiec o długości 336 metrów przechyla się aż o 44 stopnie. Na mostku jest czterech mężczyzn -kapitan, drugi oficer i dwóch marynarzy filipińskich – gdy o godzinie 2.45 po raz trzeci w statek uderza wyjątkowo potężna fala. Załoga traci równowagę. Jak wystrzeleni z procy, przelatują w powietrzu niemal z jednego końca mostka na drugi. Tylko drugiemu oficerowi udaje się jakimś cudem utrzymać przy stole. Kiedy rozgląda się dookoła, widzi leżącego na ziemi kapitana. Filipiński marynarz, również rzucony na ziemię, próbuje wstać o własnych siłach. Kolejny leży nieruchomo na podłodze. Po półtorej godziny tajfun odpuszcza…

Kapitan doznał poważnych obrażeń wewnętrznych i zewnętrznych i został przetransportowany śmigłowcem ze statku do szpitala w Hongkongu. Jest w stanie krytycznym, a rokowania nie są dobre. 

Jego żona śpieszy z Niemiec, by czuwać przy jego łóżku. Jej mąż po raz pierwszy otwiera oczy na oddziale intensywnej terapii. Na początku nie jest w stanie rozmawiać i komunikuje się, pisząc krótkie notatki. Nie odczuwa bólu, gdyż lekarze ukoili go morfiną. Po kilku dniach odzyskuje siły, ale jego stan nie jest jeszcze wystarczająco stabilny, by mógł zostać przetransportowany do Niemiec.

Minie półtora roku, zanim będzie mógł ponownie wejść na pokład statku. W tej chwili jednak Bernd o tym nie wie. W szpitalu w Hongkongu przechodzi operację. Po sześciu tygodniach od wypadku jest gotowy do lotu do domu. Na pokładzie samolotu do Frankfurtu przygotowują dla niego specjalne miejsce intensywnej terapii, leci z nim lekarz. Następnie kontynuuje podróż do Rostocku.

Bernd przebywa w szpitalu do świąt Bożego Narodzenia. Tam obchodzi 48. urodziny. „Dopiero później powiedziano mi, że filipiński marynarz zmarł. To był dla mnie ogromny szok. Płakałam jak dziecko”. Mówienie o tym w tej chwili wciąż sprawia, że ma gulę w gardle. „On miał dopiero dwadzieścia lat i właśnie został ojcem. Dlaczego musiał  umrzeć, co złego zrobiłem?” Te i inne pytanie wciąż nękają kapitana.

Pierwsze święta Bożego Narodzenia po wypadku Bernd spędza w swoim salonie w łóżku przed choinką. Jego pierwsze próby chodzenia są bolesne. „Ale zawsze miałem cel: chciałem płynąć ponownie”. Początkowo rozmawiał z nim lekarz: „Zapomnij o tym”. Bernd się nie poddaje, na szczęście nie jest sam: „Nigdy bym tego nie zrobił bez pomocy rodziny.” Trzy miesiące po wypadku 48-latek zgłasza się do kliniki rehabilitacyjnej w Bad Doberan, niedaleko swojego domu.

Klinika będzie jego „miejscem pracy” przez ponad rok. W dni powszednie od 8.00 do 15.00 intensywnie ćwiczy, wykonuje: masaże, drenaż limfatyczny, fizjoterapię, trening siłowy. By móc wrócić na statek, musi odbudować mięśnie. Od czasu wypadku stracił na wadze ponad dziesięć kilogramów: „Musiałem też odzyskać koordynację nad swoim ciałem. Początkowo nawet stanie pod prysznicem na jednej nodze bez przewrócenia się było bardzo dużym wyzwaniem.”

Prawie rok po wypadku, lekarze wyciągają z jego nogi metalowe pręty. Bernd może poruszać się jedynie o kulach. O samodzielnym chodzenia nie ma póki co mowy. W jego głowie wciąż wybrzmiewa pytanie, czy kiedykolwiek wróci do pływania. Pilnie ćwiczy pod okiem czujnego terapeuty. Nie poddaje się, choć przychodzą dni załamania. Bernd dzień w dzień rehabilituje się w klinice, aż do kwietnia 2010 roku. Pod koniec maja kapitan ponownie wchodzi na pokład statku po raz pierwszy. Dostał świadectwo zdrowia, póki co tylko na rok, ale dla niego to ogromny sukces. „To było po prostu fantastyczne móc wrócić na pokład. Od początku na pokładzie jest z nim inny kapitan, by w razie potrzeby udzielić mu wsparcia. Bernd bardzo docenia ten gest ze strony kompanii.

Huragany na zachodnim wybrzeżu pozostają z dala od kursu statku. Jednak podczas jego drugiej podróży zimą towarzyszymu uczucie trwogi: „Co by się stało, gdybyś ponownie znalazł się w tej samej sytuacji? Kapitan nie myśli tu o sobie, ale o statku, ładunku, a przede wszystkim o załodze. 

Wypadek kontenerowca jest dokładnie badany. Eksperci stwierdzają, że załoga i kapitan zrobili wszystko prawidłowo i że wypadek był nieunikniony. To, co dziś pozostaje w głowie Berndta, to wielki szacunek dla przyrody i jej potęgi. „Nie boję się już śmierci, byłem przecież tak blisko drugiej strony”, mówi. Kapitan codziennie cieszy się z każdego dnia na morzu. Czuje do niego ogromny respekt i szacunek. Z Posejdonem przecież jeszcze nikt nie wygrał.

Bernd znów gra w tenisa stołowego, choć musiał zrezygnować z nurkowania. Wciąż udaje się do kliniki rehabilitacyjnej na dwa do czterech tygodni rocznie, między innymi na leczenie bólu. Obecnie ma 56 lat, jest kapitanem statku o długości 366 metrów i szerokości 48 metrów. 

Wkrótce znów odbędzie długą podróż między Europą Północną a Azją. Chce kontynuować pływanie przez kolejne kilka lat, jeśli pozwoli mu na to jego stan zdrowia. Czasami myśli o tym półtora roku. Czyni to z poczuciem pokory i wdzięczności, wspierany przez tak wielu ludzi w tym czasie. A także z odrobiną dumy, że znów może stanąć na mostku: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.”

1 thought on “Oko w oko z Posejdonem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s