Pół wieku na morzu

Zygmunt już jako młody chłopiec marzył o zostaniu kapitanem. Jako początkujący marynarz, cierpiał na chorobę morską. Mimo, że myślał o rezygnacji, pozostał przy tym by zostać kapitanem. Po półwieczu spędzonym na morzu, kapitan spogląda wstecz na swoją karierę, wspominając na przykład długie podróże do Australii na największym wówczas na świecie drobnicowcu lub 20-metrowe fale w pobliżu Azorów. W tę podróż wspomnień zabiera dziś również Was. Chodźcie posłuchać.

Czasami potrzeba trochę dystansu, zanim zauważymy te ogromne zmiany, które zaszły w zawodzie marynarza i w samym pływaniu na przełomie ostatnich dziesięcioleci. Tak jak na przykład  port w Hongkongu, który Zygmunt może obserwować ze szczytu Wiktorii schodząc na ląd. Kapitan cieszy się wtedy ciszą ponad siedmiomilionowej metropolii. Po raz pierwszy zadokował w tej dawnej kolonii brytyjskiej już w latach 70. na pokładzie „Mosel Express”. Hongkong liczył wtedy o połowę mniej mieszkańców niż ma teraz, a w porcie były tylko dwie suwnice. Jego statek o pojemności 1100 TEU cumował tu na trzy dni. Dziś to często tylko kwestia godzin.

We wrześniu 2016 roku Zygmunt wszedł po raz ostatni na pokład kontenerowca jako kapitan. Przepłynął przez Atlantyk z Nowego Jorku do Hamburga, gdzie na zawsze opuścił mostek. Jego długa kariera kapitana skończyła się dokładnie tam, gdzie kiedyś zaczynał jako młody marynarz.

Globalizacja, konteneryzacja, szybki rozwój Azji: 65-latek doświadczył tego na własnej skórze na pokładzie swoich statków – podczas 49 lat żeglugi morskiej, która dwa lata temu dobiegła końca. W ciągu prawie pięćdziesięcioletniej kariery – od małych tankowców po dzisiejsze kontenerowe giganty, od ładunków drobnicowych po stalowe kontenery, które w 2016 roku skończyły 60 lat – pokonał wyzwania, przed którymi stanął. Nieposkromiona pogoda, poważne uszkodzenia silnika na otwartym morzu, długie rejsy przez rozległe oceany: w ciągu 50 lat jako kapitan zawsze bezpiecznie przyprowadzał do portu swój statek, załogę i ładunek. Pomogła mu w tym pokora, specyficzne poczucie humoru i pozornie niewzruszony spokój.

Jak wielu innych, to fascynacja rolą kapitana przyciągnęła Zygmunta do pływania. Jako mały chłopiec przeglądał niemiecki magazyn żeglugowy „Kehrwieder”, który był dostępny w jego rodzinnym mieście z dala od morza. Marzył o tym, by kiedyś zostać prawdziwym marynarzem. Łączenie lin, wioślarstwo, znaczenie flag i sposób działania kompasu – 16-latek nauczył się tego w szkole morskiej w Hamburgu. W celu uzyskania świadectwa marynarza odbył on swoją pierwszą podróż na pokładzie tankowca „Nanna”, o pojemności 399 ton. Osiem osób na pokładzie, w obie strony Morza Północnego i Bałtyckiego, przez 20 miesięcy. Przez ten czas miał kilka kryzysów, chciał rzucić to pływanie w cholerę i wrócić do domu. „Chciałem się poddać, ale rodzice mi powiedzieli: zobaczysz, wytrwasz do końca. Ta ich wiara we mnie i w moje możliwości dawała mi ogromną siłę.“

Zygmunt posłuchał rodziców, wytrzymał swój pierwszy rejs, a potem było już tylko lepiej. W 1969 roku rozpoczął pracę w jednej z największych kompanii kontenerowych na świecie. Jako zwykły marynarz podróżował do Australii na pokładzie „Drezna”, największego w tamtym czasie masowca na świecie, z 32 masztami żerdzi. Jako pierwszy w rodzinie odwiedził tam kuzynkę swojej matki. ”Drezno” cumowało w Melbourne przez dwa tygodnie.

„Zawsze miałem szczęście do ludzi, moje załogi zawsze tworzyły zgraną ekipę- a to bardzo ważne w tej pracy”, mówi Zygmunt, spoglądając w przeszłość. Z pozoru wydawać by się mogło, że kapitan na statku robi niewiele. Jego odpowiedzialność jest za to stuprocentowa. Nawet jeśli któryś z jego oficerów popełni błąd, to i tak kapitan jest za to odpowiedzialny. Każdy statek jest inny. Pływanie po linii prostej to pikuś, ale jeśli chodzi o manewrowanie, doświadczenie odgrywa ważną rolę. To doświadczenie opłaciło się na przykład wtedy, gdy kapitan uszkodził silnik kontenerowca na Pacyfiku, zdołał jednak poprowadzić swój statek przez Kanał Panamski, Atlantyk i bezpiecznie wrócił do Bremerhaven.

Jak mówi Zygmunt, największą zmianą jest dzisiejsza nawigacja pogodowa. „Kiedyś wypływając w rejs, nie mieliśmy pojęcia, czego się spodziewać”. W 1978 roku na Azorach na pokładzie 135-metrowego frachtowca przeżył 20-metrowe fale, które trwały półtora dnia. „Nie czujesz się dobrze w takiej sytuacji, ale nie ma czasu, żeby się nad tym zastanowić. Człowiek przyzwyczaja się nawet by w takich warunkach jakoś spać”. Dziś żegluje po takich burzach. Dzięki technologii wie z wyprzedzeniem kilka dni, gdzie będzie zła pogoda. „Dzisiejsze pływanie w ramach tak zwanej usługi liniowej wymaga od nas precyzji i punktualności, każdorazowe spóźnienie się statku w porcie sporo kosztuje. Dokładna prognoza pogody umożliwia przybycie statku na czas”.

Oczywiście Zygmunt ma pewne poczucie nostalgii, porównując pływanie kiedyś i dziś. Kiedyś załoga często przesiadywała na pokładzie do późnych godzin nocnych, ponieważ w kabinach było po prostu za gorąco. „Raz w tygodniu śpiewaliśmy szanty”. Albo wspólnie oglądali filmy. Prześcieradło robiło za  ekran, a oni wyświetlali filmy. Postoje w portach były dłuższe niż teraz. Pewnego razu w Casablance byli tak długo, że na bazarze zobaczyli cukier, który statek przywiózł w swojej ładowni.

A dziś? Jest kilka rzeczy, których Zygmunt wie, że nie będzie mu brakować. Na przykład całej tej papierologii związanej z pływaniem, wypełnianie setek dokumentów, raportowanie, pisanie maili. Albo ciągłych odgłosów na pokładzie. Dla marynarza, zwłaszcza tak doświadczonego jak 65-latek, na statku rzadko panuje cisza. Słyszy się każdy hałas i człowiek zawsze zadaje sobie pytanie: czy to brzmi właściwie, czy wszystko działa płynnie? Niektóre dźwięki, mówi Zygmunt, „brzmią ci w uszach tak długo, że nawet kładąc głowę na poduszce nie możesz się ich pozbyć”.

Zapytany o swój ostatni rejs, o to, jak się czuł wiedząc, że po raz ostatni będzie służył jako kapitan ogromnego kontenerowca, mówi, że wolał nie myśleć o tym za bardzo, chciał traktować ten rejs jak każdy inny. Przyznał się jednak, że bał się, iż jego załoga może zaplanować coś na jego pożegnanie. Wiedział, że to będzie bardzo wzruszający moment, że gula stanie mu w gardle. Do samego końca miał jeden cel: by bezpiecznie i na czas doprowadzić statek do portu przeznaczenia. Przecież profesjonalistą jest się do końca. A kiedyś może nawet wyruszy w rejs na jakimś statku pasażerskim, głównie dla żony, która uwielbia morze. Nawet jeśli nie ma zbyt wielu portów na świecie, do których nie zawinął, to i tak taki rejs będzie dla niego przyjemnością i sentymentem do wykonywanego zawodu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s