Marynarskie rodziny są specyficzne, o tym już nie raz tu na blogu pisałam. Często z tą odmiennością trudno sobie radzić. Trudno do normalności doprowadzić. Dzień poukładać. Ja po rocznym urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy. Potrzebowałam tego. I spełniam się w tym, co robię. Lecz spełniam się również w roli mamy. Tak czuję. Choć czasem ciężko mi tę codzienność ogarnąć. Zwłaszcza gdy marynarz na statku. Jasiem do żłobka. Ja do pracy. Na całe osiem godzin. Zanim dojadę i wrócę to dziewięć wychodzi. I ciężko mi bardzo, jak go zostawiam. Choć wiem, że mu tam dobrze. Żłobek malutki. Raptem dziesięć dzieciaków w grupie. Ciocie też przemiłe wszystkie. A mimo tego ciężko mi się go zostawia. Na te dziewięć godzin nie zostaje. Bo są moi rodzice, którzy go wcześniej zgarniają. A ja gdy wracam, to tego co w około nie ogarniam. Bo każdą chwilę z nim chcę spędzić. A w weekendy to już tym bardziej staram się tak zorganizować, by jak największą frajdę miał. Czytaj dalej
,,Idziemy do zoo…”
2
Przyszła wiosna. Uwielbiam ten czas, kiedy wszystko budzi się do życia. I człowiekowi tak bardziej się wszystkiego chce. To słońce. Miodzio 🙂 Moim wyznacznikiem wiosny od dzieciństwa byłą Wielkanoc. Choć to tylko umowne, bo pamiętam przecież takie święta ze śniegiem i mrozem. W tym roku Wielkanoc miała być piękna. Mieliśmy iść z koszyczkiem. Miało być szukanie zająca w ogrodzie. Miało…Zamiast tego wylądowaliśmy z Jasiem w szpitalu. Choróbsko szkaradne. Szkoda gadać.