Wyjazdy na statek zawsze są ciężkie. Baaa. Bardzo ciężkie. I nie sposób się do nich przyzwyczaić. Nawet jak na długo przed wiem kiedy ma wyjeżdżać, to i tak nie jestem na to psychicznie gotowa. Wydaje mi się, że staż też nie ma znaczenia. A nawet śmiem twierdzić, że im dłużej się jest ze sobą, tym trudniej się rozstać. Nie mówiąc już o tym, że jak są dzieci to katastrofa. Jedna połówka serca pęka mi bo muszę rozstać się z ukochanym, a druga pęka gdy widzę jak mu ciężko rozstać się z Jaskiem i ta świadomość ze Młody będzie pytał i tęsknił za tatą.
Gdy wylatywał na statek, powiedziałam ze zlecą te cztery miesiące kontraktu… Najgorsze to chyba czerwiec i lipiec. Maj to zleci, bo dużo wolnego. A w sierpniu to już będę odliczała ostatnie dni. I miał zlecieć ten maj szybko. A wlókł się niemiłosiernie… Zawsze tak jest, że gdy jakiś punkt odniesienia sobie obiorę, to mimo krótkiego okresu czasu, czas staje w miejscu. I u mnie stanął. Wyczekiwałam już tego drugiego długiego weekendu jak zbawienia.
M. popłynął. Już zaraz dwa tygodnie jak go nie ma. Straszny był ten moment, gdy przyszło się żegnać. Ciężki bardzo. Nam trudno było się rozstać. A jemu z Jankiem to już w ogóle. I mi na ten widok kilka razy serce pękło. Eh. Ale przyszedł maj. W końcu. Tak długo wyczekiwany. I wiedziałam, że jak już przyjdzie, to i nam jakoś lżej będzie ten czas rozłąki znieść. Bo dni ciepłe. I długie. Bo słońce. Bo kwiaty. Ptaki. Spacery. Owoce. I świeże warzywa. I choć bez dopiero kwitnąć zaczyna, a świeże szparagi gdzieniegdzie dopiero dostać można, to mi jakoś lepiej na duszy. Zaklęłam ten czas. I zaklinała go będę. Aż do powrotu Marynarza. By jak najszybciej. I najmilej płynął.