Wyjazdy na statek zawsze są ciężkie. Baaa. Bardzo ciężkie. I nie sposób się do nich przyzwyczaić. Nawet jak na długo przed wiem kiedy ma wyjeżdżać, to i tak nie jestem na to psychicznie gotowa. Wydaje mi się, że staż też nie ma znaczenia. A nawet śmiem twierdzić, że im dłużej się jest ze sobą, tym trudniej się rozstać. Nie mówiąc już o tym, że jak są dzieci to katastrofa. Jedna połówka serca pęka mi bo muszę rozstać się z ukochanym, a druga pęka gdy widzę jak mu ciężko rozstać się z Jaskiem i ta świadomość ze Młody będzie pytał i tęsknił za tatą.
Gdy wylatywał na statek, powiedziałam ze zlecą te cztery miesiące kontraktu… Najgorsze to chyba czerwiec i lipiec. Maj to zleci, bo dużo wolnego. A w sierpniu to już będę odliczała ostatnie dni. I miał zlecieć ten maj szybko. A wlókł się niemiłosiernie… Zawsze tak jest, że gdy jakiś punkt odniesienia sobie obiorę, to mimo krótkiego okresu czasu, czas staje w miejscu. I u mnie stanął. Wyczekiwałam już tego drugiego długiego weekendu jak zbawienia.
Marynarskie rodziny są specyficzne, o tym już nie raz tu na blogu pisałam. Często z tą odmiennością trudno sobie radzić. Trudno do normalności doprowadzić. Dzień poukładać. Ja po rocznym urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy. Potrzebowałam tego. I spełniam się w tym, co robię. Lecz spełniam się również w roli mamy. Tak czuję. Choć czasem ciężko mi tę codzienność ogarnąć. Zwłaszcza gdy marynarz na statku. Jasiem do żłobka. Ja do pracy. Na całe osiem godzin. Zanim dojadę i wrócę to dziewięć wychodzi. I ciężko mi bardzo, jak go zostawiam. Choć wiem, że mu tam dobrze. Żłobek malutki. Raptem dziesięć dzieciaków w grupie. Ciocie też przemiłe wszystkie. A mimo tego ciężko mi się go zostawia. Na te dziewięć godzin nie zostaje. Bo są moi rodzice, którzy go wcześniej zgarniają. A ja gdy wracam, to tego co w około nie ogarniam. Bo każdą chwilę z nim chcę spędzić. A w weekendy to już tym bardziej staram się tak zorganizować, by jak największą frajdę miał.