Ostatnich kilka dni spędziliśmy na wyjeździe. Tak się bałam. Tej drogi. Tej podróży. Z Małym. A okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Taki był dzielny. Kochany taki. Tyle godzin. Ponad 700 kilometrów. Daliśmy radę. W sumie to nie lubię wyjeżdżać. Z Małym. Kiedyś nie był to dla mnie problem. By się spakować. Na pół godziny przed wyjazdem. A teraz… Teraz nie lubię. Nie lubię tego pakowania. Tych walizek. Tych rzeczy. O wszystkim pamiętam. A i tak zapominam. Czytaj dalej
Na przykład
Ostatnie dni mam mojego M. w domu. Już za chwil kilka na statek idzie. I cały czas mi powtarza. I powtarza. I powtarza. Że jak wróci to Jasiu go nie pozna. A ja mu tłumaczę, że pewnie tak będzie. Ale to tylko ten raz. Jeden jedyny raz. Bo malutki jeszcze jest. A kolejny raz. I razy następne. To już kumaty będzie. I zrozumie. Że tata ciężko pracuje. I nie zawsze jest z nami w domu. Czytaj dalej
Schody
Miało być marynarsko. I będzie. Bo naszło mnie na wspomnienia. A wspominać lubię. Ale tylko te dobre chwile. Wiadomo. Bo to co dobre, w pamięci pozostaje. Mam to szczęście, że mogłam być kilka razy u mojego M. na statku. Tak ot. W odwiedziny. I wszystkie te razy kilka pamiętam. I to dokładnie. Lecz w szczególności jeden. Bo jeszcze dojechać nie zdążyłam, a już schody się zaczęły. I o tym dziś powspominam. Czytaj dalej